Napisano

  • 21.08.2012
  • o 0:22
  • przez Kaska

Letni obóz biegowy w Szklarskiej 13

sie21

Wróciliśmy z Nowej Woli z połówki. Siostra i Michał skusili się na „bieg rodzinny” na 4200. Ale nie o tym teraz chciałam. Miałam zobaczyć czy przeżyję i opowiedzieć wreszcie jak było na obozie biegowym.

Jeszcze jakoś wiosną robiłam research nt. obozów. Ile trwają, co oferują, kto organizuje, gdzie i za ile. Wybrałam obozybiegowe.pl. Przyznaję, że głównie dlatego, że poznałam wcześniej Agnieszkę i Olka Senków na zajęciach ze stabilizacji i siły. Wydali mi się wtedy rzeczowi, kompetentni, ale też wyrozumiali i sympatyczni. To ważne, bo jako osoba na bezprędkości potrzebuję, żeby ktoś czasem mi pozwalał być po prostu na moim poziomie, a nie wypruwać flaki, żeby dociągnąć do grupy.

Usystematyzuję jakoś zeznania. Nadal trzyma mnie zachwyt, ale postaram się być obiektywna.

Miejsce – Szklarska Poręba, zakwaterowanie w willi Olimp Retro, w Olimpie-matce żarcie oraz basen dla chętnych. Szklarska jest miejscem urokliwym, niestety absulutnie fatalnie dostępnym z Warszawy. Jechałam PKS-em, bo obiecywał jechać krócej niż TLK, jedyne 10h. Przygody nigdy więcej nie powtórzę. Niektórzy się grupowali i jechali samochodami, ale nie należę do drużyny Obozów, więc nikogo nie znałam, a wizja wielogodzinnej jazdy z obcymi wydała mi się mało atrakcyjna. Korzystaliśmy też z orlika i stadionu lekkoatletycznego oraz basenu i sali na głównym Olimpie (rozciąganie, stabilizacja).

Ludzie – Różni. Naprawdę. I wiekowo i pod względem poziomu sportowego. Pierwszego dnia zostaliśmy podzieleni na grupy. Lolobrygida, Śnieżynka i Puchatek (to nazwy wyciągów) odpowiadały zadeklarowanym osiągniętym życiówkom. Zostałam oczywiście Puchatkiem. W zależności od programu i aktualnego naszego stanu migrowaliśmy między grupami. Charakterologicznie też było różnie. Od bardzo ambitnych i niekryjących swoich sportowych osiągnięć i celów po bardzo skromnych. Marudy (ja;), optymiści, samotnicy, dusze towarzystwa, pełen wachlarz w obrębie tych 26 chyba osób. Bardzo się cieszę, że mieszkałam z Ewą. To mi pomogło przetrwać obciążenie ludzką obecnością. Gdybym trafiła na kogoś mało fajnego mogłoby być trudno, bo niestety nie opanowałam umiejętności ukrywania złych emocji.  W sytuacji, kiedy ma się bardzo mało czasu na samotność i jest się zmaltretowanym treningami  wytrzymanie z kimś męczącym może być ponad siły. Trenerzy. Hmmm…nie wiem w sumie co napisać, żeby nie było  za słodko ;) No fajni są. I kompetentni. Nie zmieniłam zdania. Podobało mi się też, że nie faworyzowali nikogo, a przecież wiadomo, że z niektórymi spotykają się regularnie na treningach drużyny. Przynajmniej nie zauważyłam niczego takiego. Podoba mi się też ich zaangażowanie. Widać, że lubią to co robią. Senkowie byli ze swoim rocznym synkiem i babcią, która się zajmowała Jaśkiem. Chyba to właśnie wprowadzało taką fajną domową atmosferę. A drugiej strony cały czas nie było wątpliwości, ze jesteśmy tam w konkretnym, sportowym  celu. Z Jackiem Gardenerem miałam mniej kontaktu, bo prowadził najmocniejszą podgrupę na dłuższych wycieczkach. Jedynie na rowerze spędziliśmy więcej czasu.

Trening – zróżnicowany i intensywny. Przed wyjazdem myślałam, że będę sobie pisać w międzyczasie. Gdzie tam. O 8.15 rozruch, potem śniadanie i 2-3 treningi. Chyba, że były akurat wycieczki biegowe albo rower, to wtedy na zakończenie tylko rozciąganie. Mieliśmy m.in. dwa crossfity, sporo siły biegowej, wspomniane rozciąganie, WB2 i długaski (dwie wycieczki biegowe i niby-rekreacyjny-rower). Odpuściłam dwa. Jeden po rowerze. Jacek wziął mnie do najmocniejszej grupy. Mnie, jedną z absolutnie najsłabszych. Ocenił po pierwszym odcinku, że dam radę. I dałam. Nie obeszło się jednak bez podprowadzania roweru, a miejscami Jacek mnie popychał za plecak, pocieszając, że na każdej takiej wycieczce komuś pomaga. Zrobiliśmy 68km z Polany Jakuszyckiej i tam też wróciliśmy oddać wypożyczone rowery. Drugi opuszczony to był pożegnalny lekki trening w dzień wyjazdu. To było z kolei po 30km truchcikiem po Izerach, więc nie dziwne, że nie starczyło mi samozaparcia. Warto może wspomnieć, że po powrocie, nie licząc tych obozowych wyczynów, dopiero po raz trzeci w życiu pokonałam dystans półmaratonu.

Dodatki – dostaliśmy każdy po koszulce obozowej i zestaw napojów Powergym. Poza tym każdy z nas był nagrywany, a następnie zanalizowany na tzw. „omówieniu”. Jak biegamy, co mamy ok, co nam szwankuje, jakie niespodzianki kryją nasze sylwetki. Na koniec  obozu dostawaliśmy dyplomy z ocenami poszczególnych sprawności. Widać, że się nad nami trenerzy pochylili.

Ja – przy zapisywaniu się trzeba było wypełnić dość szczegółowa ankietę. Dotyczyła ona m.in. naszych oczekiwań i ambicji sportowych. Napisałam „pokonanie lęku przed śmiercią z wysiłku” co wzbudziło lekki uśmieszek. Ale taka jest prawda. Na obozie nie udało mi się go wyeliminować. W czasie długasków widać było wyraźnie, że jest bariera tętna, której nie przekraczam. Cieszę się jednak, że ten lęk trochę się przekuł na „wiarę, że przeżyję, najwyżej dłużej będę docierać do celu”. Dlatego też w końcu zdecydowałam się na połówkę po powrocie. Wiedziałam, że dam radę, tyle że powoli. Poza tym, na pierwszym długasku znowu nadwyrężyłam kostkę *. Jakoś na 15 km. Oczywiście jak zwykle na prostej trasie. Potem w pokoju się zatejpowałam. Dlaczego nie zrobiłam tego przed wyjściem, nie wiem. To jedna z takich sytuacji, które nazywam „mózg w dupie”. Mam nadzieję Przemek, że nie czytasz tego, że zrobiłam pozostałe 11km po górach na nadwyrężonej kostce, potem z nią uparcie ćwiczyłam, a cztery dni później zrobiłam 30km, bo mnie więcej nie przyjmiesz na kozetkę. To, z czego byłam dumna, to ten rower. Fakt, że ja, jedna z najwolniejszych osób, zostałam zabrana na najdłuższą pętlę. To miłe i budujące. Mniej miła była świadomość, że gdybym tak jeździła na co dzień jak dwa lata temu, to pokonałabym wszystkie wzniesienia sprawniej.

Na omówieniu wyszło, że muszę pracować nad siłą. Mam słabą górę i ona, majtając się, przekrzywia dół. To w sumie wiedziałam. Nie wiedziałam natomiast, że mam równe kąty między stopą a kolanem. Tak, pod tym względem jestem ewenementem stworzonym do biegania. Kto by pomyślał… Rada jest taka, żeby skupić się na sile, a niekoniecznie na kilometrażu. Psychologicznie potwierdziło się, że fatalnie znoszę opóźnianie grupy. To nadal jest lekcja do przepracowania.

Podsumowanie.

Wiele osób pytało mnie dlaczego w ogóle wybrałam się na obóz biegowy. Hmm… na pewno nie po to, żeby jakoś poprawiać wyniki. Byłam bardzo ciekawa jak wygląda takie obozowe życie, chciałam się trochę dowiedzieć o sobie i przypomnieć sobie jak to było za młodych lat, kiedy jeździło się na obozy biegówkowe czy wędrowne. I rzeczywiście, taki obóz można nazwać sportowymi koloniami dla dorosłych. Takich, którzy ruszają się świadomie i mniej więcej wiedzą po co to robią i co chcą w tej materii osiągnąć, i którym nie szkoda im wydać pieniędzy na tydzień słodkiej mordęgi, zamiast na last minute na plaży :)

Co bym zmieniła teraz gdybym miała znowu jechać? Na pewno wzięłabym więcej ciuchów, żeby nie musieć prać. Tak ze 2-3 koszulki na dzień, więcej gatek i skarpet. Tuż przed wyjazdem wypakowałam biegową spódniczkę, czego potem żałowałam. Spódniczek było kilka, więc nie ma, że nie pasuje na obóz ;) Przynajmniej wyprane getry nie musiałyby mi dosychać na tyłku ;) Wzięłabym też swój kask i okulary sportowe, o których po prostu zapomniałam. No i taping  obowiązkowo przed urazem, a nie po :)

Jest jeszcze jeden ważny aspekt takiego wyjazdu. Mam taką pracę, w której na co dzień załatwiam i organizuję różne rzeczy. Czasem, jak każdej przynajmniej umiarkowanie  odpowiedzialnej osobie, wychodzi mi to bokiem. Na obozie byłam z tego zupełnie zwolniona. Wystarczyło stawić się w konkretnym miejscu o danej godzinie i sumiennie wykonywać plan. Cudowny reset. Złachać się do imentu, wypocić wszystkie strapienia codzienności, potem wrócić do realu, zrobić kilka prań, zreanimować przesuszoną skórę i z nową energią iść dalej. Warto było!

—–

* na USG wyszło, że przez wielokrotne skręcenia nie mam już w zasadzie jednego więzadła w lewej stopie. Wszystko co mi się w nią dzieje nie jest zatem winą ani butów, ani podłoża, tylko faktu, że się luźniej majta. Wyjściem jest operacyjna rekonstrukcja, do której jakoś się nie palę, więc wolę się kleić i uważać.

subscribe to comments RSS

Dotychczasowa liczba komentarzy: 13

  1. drproctor pisze:

    Fajna rzecz taki obóz. Pozazdrościć – dosłownie ;-)
    Swoją drogą ciekawe jaka część społeczeństwa jest w stanie zrozumieć, że można wydać swoje ciężko zarobione pieniądze, aby przez tydzień (było nie było) zasuwać w górach, zamiast smażyć się na jednej z egipskich (dajmy na to) plaż.

    • osioł pisze:

      to tej części społeczeństwa trzeba pozwolić na odmienne zdanie :) chyba, że tak się składa, że to nasz małżonek/małżonka (i dziecko). To wtedy można próbować przekonać, żeby pojechali jako nasi towarzyszący. Spotykamy się z nimi wtedy na posiłkach i wspólnych zajęciach na sali, a w czasie, kiedy my biegamy czy mordujemy skipy na orliku, oni chodzą sobie, albo jeżdżą na rowerze po pięknych okolicznych szlakach! Nikt nie traci, wszyscy szczęśliwi :)

  2. Bo pisze:

    No! Czekałam i czekałam na tę relację :) Też mi po głowie siedzi taki obóz biegowy i teraz tylko utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że warto nad tym myśleć dalej. Świetna sprawa! A to co w Szklarskiej wymęczyłaś i wypociłaś na pewno będzie teraz pięknie owocować ;)

    • osioł pisze:

      warto, zimowe też są :) na letnie trzeba się w miarę szybko zapisywać, bo tak znowu dużo tych obozów nie ma. Wiem, że nasi organizatorzy mieli więcej chętnych niż miejsc.

  3. Ava pisze:

    Oj kusi ta ta twoja relacja do wybrania się na obóz. Ja też poznałam Agnieszkę i Olka (co prawda tylko na warsztatach ze stabilizacji) i potwierdzam, że z nimi pojechałabym w ciemno gdybym miała jeszcze jakiś wolny tydzień. Widać że lekko nie było, więc gratulacje, że dałaś radę, bo pewnie niejedna osoba przechodzi w czasie takiego tygodnia lekką załamkę ilością wysiłku jaki musi wykonać. Gratki i zazdroszczę :) A na jaką połówkę się zapisalaś? Może na Tarczyn? – tam parę osob z Blogaczy będzie. Pozdrówka!

    • osioł pisze:

      pojechałam na charytatywną połówkę do Nowej Woli :) Następna nieprędko, to w takim tempie je pokonuję, że mi kibice na trasie posną ;)
      nooo…jednego dnia na wyjeździe spojrzałam rano w lustro i stwierdziłam, że nawet nie mam siły założyć soczewek. Już wtedy wiedziałam, że po crossficie nie idę na drugi trening tego dnia. Zresztą Agnieszka powiedziała, że pod koniec coś taka bledziutka byłam. Ale też trzeba podkreślić, że ja naprawdę nie pojechałam tam w formie. Dla kogoś, kto sumiennie robi kilka treningów tygodniowo na pewno było to mniejszym wyzywaniem dla organizmu :)

  4. szleśtalojfa pisze:

    A ile kosztuje taka przyjemność? Tego brakuje mi w relacji :)

    • osioł pisze:

      no fakt, niedopatrzenie. To zależy, czy jedzie się na tydzień (jak ja), na 11 dni czy na podwójny turnus, bo takie są opcje. W cenie jest zakwaterowanie i jedzenie (śniadanie – bufet i obiadokolacja). Dodatkowo płaciliśmy chyba tylko dwa razy po 8 zł za dojazd busem do wyciągu, 22 zł za wjazd pod Śnieżkę i 30 zł za wypożyczenie roweru. No i dojazd trzeba doliczyć. Wydaje mi się, że po odliczeniu spania i jedzenia, za atrakcje obozowe to nie jest wygórowana cena.

      http://obozybiegowe.pl/index.php/szczegoy-organizacyjne-obozu.html

  5. Mauser pisze:

    Świetna relacja! Chciałbym kiedyś móc się wybrać na takie zgrupowanie. Niestety obowiązki rodzica oddalają perspektywę takiego wyjazdu na bliżej nieokreśloną przyszłość… Zazdroszczę.

    • Osioł pisze:

      Na niektórych jest zapewniona opieka nad dziećmi. Fajnie by było się może wybrać w przynajmniej dwie biegowo-dzieciowe zaprzyjaźnione pary… Wiem, że mnie łatwo gadać, bo sama nie mam dzieci, więc nie mogę mieć pojęcia jak to jest. Ale chcę wierzyć, że z dzieciakami można też obozować :) Względnie rzeczywiście wybrać się dopiero wtedy, kiedy podrośnięte dzieci są na koloniach.

  6. hankaskakanka pisze:

    Mauser, my byliśmy (obydwoje biegający) z półrocznym Ironmanem – żadnego problemu! W tym roku wybieraliśmy się z 1,5 rocznym Ironmanem, ale nie wyszło z powodu mojej nogi, a w przyszłym (o ile nie będzie znowu, ekhm, niespodzianek) – pojedziemy z Ironmanem 2,5 letnim (chyba, że wersja zimowa z dwulatkiem ;)). Przydaje się wózek biegowy, a na zajęcia na stadionie, sali czy basenie można brać maluszka. Na wycieczkach biegowych wymienialiśmy się – raz biegł mąż, raz ja. Pisałam o zeszłorocznym wyjeździe na blogu, nie szczędząc szczegółów organizacyjnych ;)
    Osiołku, bardzo się cieszę, że tak Ci się podobało. Pamiętam, że rozmawiałyśmy w czasie Ekidenu, że się boisz kilometrażu, że będziesz najsłabsza – no i co? I nie byłaś i dałaś radę :) Super!

  7. osioł pisze:

    właśnie, Hania ma szczegółową relację http://domety.blogspot.com/2011_08_01_archive.html i (na dowód) zdjęcia z wózkiem!
    Byłam najsłabsza, albo jedna z dwóch najsłabszych (koleżanka miała kontuzję rozcięgna), ale jakoś dałam radę :)

    @ Mauser – na drugim turnusie tego obozu była półroczna pociecha (ze stycznia). Opiekowała się nią certyfikowana pani przedszkolanka. Czyli zgadza się, można dostać fachową opiekę dla malucha :D a Twoje ile ma(ją) lat?

  8. Emilia pisze:

    Bardzo fajna relacja. Od strony sportowej taki obóz to świetna sprawa, ale jakoś mi nie leży sam… obóz. Wieczne spędzanie czasu w dużej grupie, wiecznie z góry zaplanowany czas – mnie to przeraża, ja akurat lubię samotność długodystansowca :-) A z drugie strony kusi trochę!

    Wow 68 kilometrów na rowerze to naprawdę dobry wynik. I w ogóle gratuluję, że dałaś radę, bo ten obóz to naprawdę było spore wyzwanie!

Skomentuj, jeśli masz ochotę

* pola wymagane

rusz-sie.pl is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com
Dostosowany do stanu używalności przez Studio Graficzne X-DTP